Akceptacja rurki

 
Bardzo szybko zaakceptowałam moja rurkę. Być może dlatego, że tak naprawdę nie miałam dużego wyboru. Jeśli chciałam żyć, musiałam się zgodzić na tracheotomię. Kiedy lekarz powiedział, że wstawią mi rurkę i będę mogła oddychać, zgodziłam się od razu. Nie potrzebowałam ani chwili, żeby się zastanowić. Byłam wtedy zaintubowana, a to nie było przyjemne. Chciałam żeby jak najszybciej wyciągnęli mi to wszystko co mam w buzi. 
Oczywiście trzeba było trochę poczekać, bo potrzebna była decyzja sądu, ponieważ byłam wtedy na silnych lekach. O ile dobrze pamiętam, trwało to ponad dwa tygodnie. Dla mnie to była wtedy wieczność. Czekałam na rurkę jak na zbawienie. 

Kiedy w końcu obudziłam się po tracheotomii, byłam bardzo szczęśliwa. Chociaż to szczęście trwało tylko chwilę, bo okazało się, że nadal jestem podłączona do respiratora, ale o tym już pisałam w poprzednim poście, więc nie będę się powtarzać. 
Stopniowo uczyłam się samodzielnie oddychać i stało się, przyszedł czas, że oddychałam samodzielnie przez cały dzień. To było dla mnie ogromne szczęście. Wiedziałam, że rurka ratuje mi życie, dlatego zupełnie mi ona nie przeszkadzała. 

Kiedy jestem w domu tak naprawdę nie myślę o tym, że mam rurkę, ona jest częścią mnie. Nawet kiedy muszę się odessać, to jest to dla mnie naturalne. No ale.....

W końcu trzeba było wyjść z domu. Powiem szczerze, że miałam nadzieję, że po tracheotomii nie można wychodzić na powietrze. Wiem, to głupie, ale tak sobie pomyślałam. Dodatkowo mieszkam na pierwszym piętrze w budynku bez windy. Schody są dość strome, więc tłumaczyłam sobie, że i tak nie będę mogła wyjść. Bo jak? Przecież jestem na wózku

No niestety, tu z pomocą przyszedł schodołaz. Teraz to moje wybawienie, ale wtedy..,.
Wcale nie byłam zadowolona. Wolałam zostać w domu, bo tu czuję się dobrze i bezpiecznie. 
Trochę to trwało zanim zdecydowałam się wyjść. Wierzcie mi, to nie było łatwe. Dlatego dobrze rozumiem ludz
i, którzy nie mogą zaakceptować rurki. 

Kiedy po raz pierwszy wyszłam z domu, to był tylko krótki spacer. Założyłam apaszkę, żeby trochę schować rurkę i powiem Wam, że to było tak przyjemne, że nie mogłam się tym nacieszyć. Po tak długim pobycie w murach w końcu wyszłam na powietrze. 
Teraz, jest to dla mnie normalne. Po prostu wychodzę, znaczy wyjeżdżam :) i nie zastanawiam się tak jak kiedyś, jak to będzie, czy ludzie będą patrzeć. Po prostu już o tym nie myślę, bo przecież każdy z nas jest inny. Jeden chodzi, inny jeździ na wózku, jeszcze inny kuleje, ktoś nie ma ręki... 
Mogłabym tak wymieniać bez końca. 
Najważniejsze, żeby czuć się dobrze ze sobą, a co powiedzą czy pomyślą inni, to ich sprawa, ja już o tym nie myślę. 

Powiem Wam jeszcze, że ostatnio był konkurs na Instagramie. Pytanie było takie " Gdybyś miał/a napisać książkę bazując na swojej różnorodności, na przykład niepełnosprawności, co by to było?"

Niewiele myśląc napisałam, że moja książka miałaby tytuł "Dziewczyna z naszyjnikiem". Opisałam, że opowiadałaby o dziewczynie, która oddycha przez rurkę tracheostomijną i traktuje rurkę jak piękny naszyjnik, którego nigdy nie zdejmuje. Kiedy go dotyka i zamyka oczy przenosi się do miejsc, które podpowiada jej wyobraźnia. Za każdym razem w inne miejsce na świecie i przeżywa tam wspaniałe przygody. 

Wyobraźcie sobie, że udało się. 

Wygrałam książkę i to świetną książkę. Już dawno żadna książka mnie, aż tak nie wciągnęła. Jeśli lubicie czytać, to przy okazji bardzo polecam "Jesteś moim jutrem".


Autorka tej książki jest osobą z niepełnosprawnością, ma niewykształconą dłoń. Główni bohaterowie również są niepełnosprawni. Ta książka jest właśnie o tym, że nie trzeba być idealnym, żeby być szczęśliwym. Przecież tak naprawdę nikt nie jest idealny, ale każdy jest wyjątkowy.
Jak skończyłam czytać, to zrobiło mi się przykro, że to już koniec. Jest napisana w tak ciepły i przyjemny sposób, że nie można się oderwać i chce się czytać jeszcze i jeszcze.  
Tak oto rurka, przyczyniła się do tego, że wygrałam książkę.

Komentarze

  1. Hej Aguś, Marzynia nadaje ze Słowenii! Pojechałam do córki na długi wyjazd, jak każdej wiosny i jesieni. Martik nie może się obrobić, bo jak zwykle zbyt wiele posiała i posadziła, a polskie nasiona+słoweńska ziemia=klęska urodzaju :-DD Więc teraz przerabiam to wszystko i pomagam w gospodarstwie. Lubię to, zresztą sama wiesz - jeśli się lubi gotować czy robić przetwory, to mimo zmęczenia ma się radość i satysfakcję. Ty tak samo jak ja lubi karmić swoich bliskich, bo - jak to ujął mój syn - "w cieście jest zapieczony kawałek serca matki" (może brzmi to z lekka kanibalistycznie, ale wiadomo, o co chodzi).
    Co do rurki to cieszę się, że masz takie podejście. Mądra z ciebie dziewczyna! A jeśli tekst na konkurs napisałaś tak dobrze, jak ten tekst, to nie dziwię się, że wygrałaś!
    Buziaczki i dobrej nocy :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dobrze mieć taką mamcię :) Córka na pewno szczęśliwa, że ma taką pomoc, a najważniejsze że spędzicie razem czas. Buziaki dla Was :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobry wieczór, Aguniu :-) Pozdrawiam ze Słowenii nieustająco i czekam na jakąś wiadomość, co u Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć kochana :) Wszystko w porządku. Zaczęłam pisać nowy post, ale to pewnie jeszcze kilka dni mi zejdzie :) Pozdrawiam Słowenię:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Domowa dostępność, czyli jak ułatwić sobie życie.

Kocie sprawy

Warto mieć hobby