Akceptacja rurki
Oczywiście trzeba było trochę poczekać, bo potrzebna była decyzja sądu, ponieważ byłam wtedy na silnych lekach. O ile dobrze pamiętam, trwało to ponad dwa tygodnie. Dla mnie to była wtedy wieczność. Czekałam na rurkę jak na zbawienie.
Stopniowo uczyłam się samodzielnie oddychać i stało się, przyszedł czas, że oddychałam samodzielnie przez cały dzień. To było dla mnie ogromne szczęście. Wiedziałam, że rurka ratuje mi życie, dlatego zupełnie mi ona nie przeszkadzała.
Kiedy jestem w domu tak naprawdę nie myślę o tym, że mam rurkę, ona jest częścią mnie. Nawet kiedy muszę się odessać, to jest to dla mnie naturalne. No ale.....
W końcu trzeba było wyjść z domu. Powiem szczerze, że miałam nadzieję, że po tracheotomii nie można wychodzić na powietrze. Wiem, to głupie, ale tak sobie pomyślałam. Dodatkowo mieszkam na pierwszym piętrze w budynku bez windy. Schody są dość strome, więc tłumaczyłam sobie, że i tak nie będę mogła wyjść. Bo jak? Przecież jestem na wózku.
Wcale nie byłam zadowolona. Wolałam zostać w domu, bo tu czuję się dobrze i bezpiecznie.
Trochę to trwało zanim zdecydowałam się wyjść. Wierzcie mi, to nie było łatwe. Dlatego dobrze rozumiem ludzi, którzy nie mogą zaakceptować rurki.
Teraz, jest to dla mnie normalne. Po prostu wychodzę, znaczy wyjeżdżam :) i nie zastanawiam się tak jak kiedyś, jak to będzie, czy ludzie będą patrzeć. Po prostu już o tym nie myślę, bo przecież każdy z nas jest inny. Jeden chodzi, inny jeździ na wózku, jeszcze inny kuleje, ktoś nie ma ręki...
Mogłabym tak wymieniać bez końca.
Najważniejsze, żeby czuć się dobrze ze sobą, a co powiedzą czy pomyślą inni, to ich sprawa, ja już o tym nie myślę.
Niewiele myśląc napisałam, że moja książka miałaby tytuł "Dziewczyna z naszyjnikiem". Opisałam, że opowiadałaby o dziewczynie, która oddycha przez rurkę tracheostomijną i traktuje rurkę jak piękny naszyjnik, którego nigdy nie zdejmuje. Kiedy go dotyka i zamyka oczy przenosi się do miejsc, które podpowiada jej wyobraźnia. Za każdym razem w inne miejsce na świecie i przeżywa tam wspaniałe przygody.
Wyobraźcie sobie, że udało się.

Hej Aguś, Marzynia nadaje ze Słowenii! Pojechałam do córki na długi wyjazd, jak każdej wiosny i jesieni. Martik nie może się obrobić, bo jak zwykle zbyt wiele posiała i posadziła, a polskie nasiona+słoweńska ziemia=klęska urodzaju :-DD Więc teraz przerabiam to wszystko i pomagam w gospodarstwie. Lubię to, zresztą sama wiesz - jeśli się lubi gotować czy robić przetwory, to mimo zmęczenia ma się radość i satysfakcję. Ty tak samo jak ja lubi karmić swoich bliskich, bo - jak to ujął mój syn - "w cieście jest zapieczony kawałek serca matki" (może brzmi to z lekka kanibalistycznie, ale wiadomo, o co chodzi).
OdpowiedzUsuńCo do rurki to cieszę się, że masz takie podejście. Mądra z ciebie dziewczyna! A jeśli tekst na konkurs napisałaś tak dobrze, jak ten tekst, to nie dziwię się, że wygrałaś!
Buziaczki i dobrej nocy :-*
Jak dobrze mieć taką mamcię :) Córka na pewno szczęśliwa, że ma taką pomoc, a najważniejsze że spędzicie razem czas. Buziaki dla Was :)
OdpowiedzUsuńDobry wieczór, Aguniu :-) Pozdrawiam ze Słowenii nieustająco i czekam na jakąś wiadomość, co u Ciebie.
OdpowiedzUsuńCześć kochana :) Wszystko w porządku. Zaczęłam pisać nowy post, ale to pewnie jeszcze kilka dni mi zejdzie :) Pozdrawiam Słowenię:)
Usuń